martyna kloska
podróże przygody przeżycia
 P E R U 
główna o sobie o Peru z podróży galeria zdjęć mapy oferta kontakt
 
      Styczeń 2005
      Huancayo - Ayacucho - Cusco - Copacabana
 

Górskimi drogami przez południowe Peru

Trochę zasiedziałam się w Huancayo, które stało się dla mnie prawdziwym domem. Teraz musiałam się spieszyć, by wyjechać z Peru przed upływem 90 dni od wjazdu, bo tyle mogą przebywać turyści bez wyrabiania dodatkowych pozwoleń. Postanowiłam pojechać do Boliwii, a po drodze pozwiedzać południowe Peru. W ostatniej chwili zdecydowała się ze mną jechać koleżanka, młodziutka Ingrid. Miała właśnie przerwę na uniwerku i udało jej się namówić rodziców, że czas już się ruszyć trochę dalej od domu.
Trasa w skrócie:
Cały dzień psującym się busem do pięknego, kaminnego Ayacucho. Wycieczka do artystycznej wioski Quinua i na pole opuncji zarastające starą stolicę przedinkaskiego państwa Wari. Nocniakiem do Andahuaylas, przesiadka i kilka kolejnych godzin za Abancay. Inkaskie ruiny w Saywite. Spokojna wioska Cachora i spacer wysoko nad kanionem rzeki Apurimac. Stopem do Cusco na półtora dnia - Qorikancha i Sacsayhuaman. Nocniakiem do Puno i dalej lokalnymi busikami do Copacabany.

Czas ruszyć w drogę

Wstaję jeszcze przed świtem. Po omacku odnajduję ubranie i drogę do łazienki, bo jak na złość nie ma światła. W kuchni już się krząta Dominique, by przygotować tradycyjną potrawę, tostado - prażone ziarna kukurydzy. Siadamy do stołu oświetlonego tańczącymi płomykami świec i chrupiemy tostado z kawa. Spokojna, rodzinna atmosfera, jak w jakiejś chatynce w górach. Mieszkam z nimi już blisko dwa miesiące i naprawdę się zżyliśmy. Papa denerwuje się jak prawdziwy ojciec i ciągle przypomina sobie jakieś złote rady. Z zadumy wyrywa nas błysk ostrego światła żarówki. Czar pryska. Trzeba się zbierać.

Na dworcu gwar, pełno ludzi. Dzień już się rozpoczął na dobre. Ja stoję nad starym workiem, który skrywa mój plecak. To dla bezpieczeństwa, bo tą trasą rzadko jeżdżą obcokrajowcy i plecak za bardzo wyróżniałby się pośród bagażów miejscowej ludności, a lepiej nie kusić losu. Papa krąży w koło wypatrując Ingrid, która się nieco spóźnia. W końcu podjeżdża taksówką wraz z rodzicami. Ładujemy bagaże do autobusu i zaczyna się pożegnanie - uściski, całusy, ostatnie rady i obietnice.

Czuję się szczęśliwa i wolna jak ptak. Autobus wspina się krętą drogą i widoki są coraz rozleglejsze. Przejeżdżamy blisko masywu Huaytapallana górującego nad Huancayo, a po drugiej stronie, hen daleko poznaję piękny szczyt Pariaccacca. Wjeżdżamy w nowe, nieznane mi jeszcze rejony. Zachłannie wpatruje się w krajobraz, śledzę granie i doliny, rysując w głowie możliwe trasy przyszłych wycieczek. Częścią uciechy z ruszenia w drogę jest też poczucie, że mam gdzie wrócić, że mam swoje miejsce w Peru. Mogłabym tu zamieszkać, a i tak nie starczyłoby czasu na zgłębienie wszystkich sekretów tej krainy.

Po kilku godzinach zjeżdżamy na spieczone pustkowie. Autobus wzburza tumany pyłu, ale okno zostawiam otwarte, bo wiatr pomaga znieść żar lejący się z nieba. Za oknem migają wielkie kaktusy i nieliczne drzewka o zielonych pniach i konarach. Po chwili na własnej skórze odczuwam dogłębną susze tej doliny, bo wszyscy muszą wyjść, żeby autobus pokonał rozpadający się mostek. W palącym słońcu przechodzimy na druga stronę i czekamy na autobus, który niepewnie, koło za kołem pokonuje przeszkodę.

Ayacucho - miasto kościołów; ceramika z Quinua; Wari ociekające słodyczą opuncji.

Do Ayacucho docieramy o zmierzchu. Zadamawiamy się w tanim hostelu, zmywamy z siebie pył drogi i ruszamy na miasto. Robimy spore kółko rozglądając się za jakimś barem z dobrym menu na kolację. Miasteczko od razu robi na mnie dobre wrażenie. Nie za duże, piękna kamienna zabudowa, spory rynek z ładnie utrzymanym kwiecistym parkiem. Spacerek krotki, ale i tak mijamy sporo kościołów, z których słynie Ayacucho. Mówią, że jest ich 33, jeden na każdy rok życia Chrystusa, ale chyba jest ich więcej. Z zewnątrz są przeważnie proste, toporne, ale mi się podobają. Kamień sam w sobie jest dla mnie ozdobą. Gdy drugiego dnia wchodzimy do katedry to ilość dekoracji i złota wprawia mnie w osłupienie. Po obu stronach ciągną się boczne ołtarze, każdy inny, ale wszystkie toną w złocie i wręcz nadmiarze detalów. Niektóre są jakby za wysokie i u góry pochylają się wywołując niepokojące uczucie, gdy się stoi tuż pod nimi.

Następnego dnia łapiemy busik do miasteczka Quinua. Wspinamy się powoli na 3300 m npm zostawiając Ayacucho daleko w dole. To tylko 37km, ale jedzie się ponad godzinę. Od razu zauważam słynne ceramiczne figurki i kościółki, które zdobią szczyty dachów wszystkich budynków. W co drugim domu jest pracownia i sklepik z ceramiką. Wszędzie prawie to samo, ten sam styl, lecz długo by szukać dwóch identycznych figurek. Przeważają kościoły z figurkami ludzi lub zwierzaków po obu stronach.

Kawałek za miasteczkiem łapiemy stopa do pobliskich ruin stolicy Wari, przedinkaskiego ludu panującego w Andach Centralnych i na wybrzeżu od dzisiejszej Piury po Tacnę. Uradowane podskakujemy na belkach zwalonych z tyłu ciężarówki i z wiatrem we włosach podziwiamy widoki. Stop okazuje się płatny. Kierowca rozbawia mnie rzucając cenę pięciu dolarów za około 20min. drogi - tak już mają, widząc turystę nie mogą przepuścić okazji przerobienia go na cacy. Od razu jednak zmienia na pięć soli, a w rezultacie płacimy po sola na główkę, co jest normalną stawką na takiej odległości. To jedno czasami mnie męczy i niepokoi, że nawet jak tu zamieszkam na stałe to zawsze pozostanę "gringa." No, ale w sumie niektórych moich znajomych, rodowitych Peruwiańczyków, indianie w górach też nazywają gringos.

Przyznam szczerze, że bardziej od kiepsko odrestaurowanych i mało widocznych ruin zafascynowało mnie ciągnące się po horyzont pole opuncji. Był akurat szczyt sezonu, więc nie mogłyśmy się oprzeć soczystym owocom. Problem w tym, że pokryte są one maluśkimi, ale bardzo uciążliwymi igiełkami. Najlepiej zerwać owoc przy pomocy dwóch patyczków, poczym wytarzać go w ziemi i trawie. Potem już można rozerwać skórkę i dobrać się do przepysznego miąrzszu. Nasze niezdarne zabiegi skończyły się tym, że wszędzie czułyśmy kłucie prawie niewidocznych igiełek. Na szczęście następnego dnia już nie było po nich śladu, za to wspomnienie niepowtarzalnego smaku soczystego owocu zerwanego prosto z krzaka pozostało na długo.

Następny dzień spędziłyśmy spokojnie przemierzając uliczki, podziwiając kościoły i dzieła miejscowych artystów. Dopiero co rozpoczął się karnawał i szczególnie w centrum trzeba było się mieć na baczności, bo grasowały szajki dzieciaków z balonami napełnionymi wodą. Od wyjazdu codziennie mi się dostawało. W upalny dzień nie miałam nic na przeciw, ale z czasem zaczęło mnie to trochę męczyć. Nie było miasta, oprócz La Paz w Boliwii, z którego wyszłabym sucha.

Saywite - rzeźbiony głaz. Cachora - senna wioska w cieniu Apu Salakntay.

Z Ayacucho telepałyśmy się całą nockę starym autobusem podskakującym na wyboistej górskiej drodze. Potem jeszcze pół dnia, by wreszcie wyskoczyć godzinę za Abancay. W przydrożnym sklepiku zostawiamy plecaki i schodzimy w dół do Saywite, gdzie znajdują się inkaskie ruiny i słynny głaz, w którym wyrzeźbiony został plan terenu przedstawiający zabudowania, tarasy, akwedukty. Można sobie wyobrazić jak wyglądało to miejsce za czasów Inków.

Wracamy po rzeczy i czekamy na zapowiedziany busik do Cachory, malutkiej wioski w sąsiedniej dolinie. Patrząc z góry wydaje się blisko, ale po stromym zboczu zjeżdżamy długaśnymi zakosami ze trzy kwadranse. Zza chmur widać fragmenty ośnieżonego masywu Salkantay. Pozostałe, niższe góry biją zielonością, a w dole, jak na dnie lejka, widnieje wioska. Miejsce to oczarowało mnie od pierwszego spojrzenia i już wiedziałam, że tu wrócę jak będę miała więcej czasu.

Wioseczka przytulna, małe rozpadające się domki i zadziwiająco duży plac z monumentalnym 400-letnim drzewem Pisonai. Cisza i spokój, przyjaźni ludzie pozdrawiają nas na dobry wieczór. A nad tym wszystkim górująca święta góra Salkantay. Wieczorem, już po kolacji, usiadłyśmy sobie z piwkiem na głównym placu. Wokół tylko wesołe odgłosy bawiących się dzieci. Oprócz tego cisza, żadnych samochodów, sztucznych dźwięków. Gdyby tylko zgasić na chwile uliczne latarnie i w prawdziwej ciemności podziwiać migocące na niebie gwiazdy.

Do Cachory dojechałyśmy tuż przed zmierzchem, więc ledwie rzuciwszy plecaki poszyłyśmy podziwiać jak góra zmienia swe oblicze w kolorach zachodzącego słońca - cóż za przedstawienie, królewskie przywitanie. Zaczęło się od złota i pięknej obwódki, która wydobyła szczyt z bladego tła nieba. Tu i ówdzie unosiły się małe chmurki jakby kawałki góry nagle się odrywały by poszybować gdzieś dalej. Może to posłańcy do sąsiednich gór - bogów i władców tej krainy. Drugi akt nieco surowszy. Ciepła żółć ustąpiła chłodniejszym różom. Dzięki mniejszej ilości światła w górnej części, zmniejszył się kontrast i dolne partie zaczęły wyłaniać się z cienia. Dołączyła zieleń - kolor nadziei. Góra jakby mówiła: by osiągnąć złoto szczytu musisz wspiąć się z cienistych głębin, ale uważaj bo nad łagodną zielenią czeka cię surowaść skał i chłód śniegu.

Potem już czysta biel, odcienie czerni i granatu, a wysoko, wysoko księżyc prawie w pełni. "Oto jestem. Tak zmienna, a jednak stała i nieruchoma. Byłam i będę. Teraz również w tobie." Cóż więcej mogę odpowiedzieć jak skromne "dziękuję". Jak nie czuć wdzięczności, że mi się ukazała i odkryła rombek swej duszy. Posiedziałam jeszcze chwile pełna podziwu i szczęścia.
Co te góry mają w sobie, że działają na mnie jak magnez, że na ich widok serce zaczyna mi bić mocniej? Wiem tylko, że wśród nich czuję się szczęśliwa, że napełniają mnie energią i ochotą do życia, do działania.

Rano ruszamy na wycieczkę. Mając tylko jeden dzień nie możemy nawet marzyć o ujrzeniu zaginionego miasta Inków, Choqequirao, które oddalone jest od Cachory o dwa dni drogi. Dochodzimy tylko do miejsca zwanego Capuliyoc, gdzie ścieżka spuszcza się zygzakami 1500m w dół do kanionu rzeki Apurimac. Po drugiej stronie ośnieżone pasmo chowa się co i rusz w chmurach.
W drodze powrotnej zbieramy śmiecie, których na ostatnim odcinku przed Capuliyoc wala się naprawdę sporo. Zgniatamy i upychamy, aby zmieściło się jak najwięcej, ale w końcu plastykowy wór wypełnia się po brzegi. Na szczęście główne śmieciowisko się skończyło. Miło było prawie dwa miesiące później przejść tą samą drogą, ale czystą. Wprawdzie przez ten czas ruch był niewielki, ale mimo wszystko widać jak niewiele trzeba, a jak dużo to zmienia.

Przetrwać w Cusco.

Zrywamy się nad ranem w popłochu, bo właściciel hospedaje nie obudził nas tak jak obiecał, a busik już trąbi do odjazdu. Tak naprawdę jeszcze sporo czasu minie zanim wszyscy się załadują i ruszymy. Gdyby nie tak powolne tempo i liczne przystanki zdążyłybyśmy na autobus jadący z Abancay do Cusco. Niestety rozmijamy się. Po kilku godzinach bezowocnego czekania przy drodze litują się nad nami kierowcy wielkiej ciężarówy, którzy zatrzymali się na solidne śniadanie - smażone kawałki prosiaka z kartofelkiem i kukurydza. Wieźli dwie przyczepy ziemniaków na południe, bo w okolicach Ayacucho spadły ceny. Zrobili nam miejsce w szoferce. Sunęliśmy ślimaczym tempem, ale przyjemniej i wygodniej niż w autobusie, a i pogadać można było i dowiedzieć się czegoś o życiu miejscowych.

Cusco przywitało mnie karnawałową garścią maki kukurydzianej w twarz. Może to i lepiej niż balon z woda, bo było chłodno. Ilość turystów wprawiła mnie w szok i reakcję wręcz alergiczną. Nie tylko na taki tłum "gringos", ale i na związanych z tym tłumem naganiaczy i naciągaczy. Trzeba się odpędzać jak od much. Atmosfera bardzo nieprzyjemna. Uciekłam na internet, ale zawiesił mi się komputer i straciłam długi list pisany w pocie czoła po hiszpańsku. To mnie jeszcze bardziej rozdrażniło, a winą obarczyłam cale Cusco, z którego zapragnęłam jak najszybciej uciec.

Wstałam raniutko mając nadzieję na interesujące światło do robienia zdjęć. Mimo wczesnej pory słońce było już ostre, a ja jakoś nie miałam natchnienia. Jednak dzięki temu, zobaczyłam inne, spokojniejsze Cusco. Z przyjemnością przechadzałam się uliczkami, podziwiałam stare inkaskie mury. W świetle nowego dnia zobaczyłam zupełnie inne miasto. Tym razem oczarowało mnie piękną architekturą, niespotykanym kolorem kamienia użytego do budowy katedry i kościołów, delikatnymi altankami zdobiącymi kolonialne domy. Do tego błękit nieba oraz tak lubiany przeze mnie koloryt otaczających wzgórz - ciemno ceglany odcień ziemi w połączeniu z soczysta zielenią. W wybornym humorze, z wielkim okrągłym chlebem "czuta" pod pachą (tak wyobrażam sobie polskie kołacze) wracałam do hostelu przygotować śniadanie.

Zwiedzanie zaczęłyśmy od ruiny Qorikancha, na których wybudowany został kościół Santo Domingo. Nazwa Qorikancha oznacza Złoty Dziedziniec - ściany otaczających go świątyń pokrywało 700 dwukilogramowych płatów złota. Ozdobiony był licznymi złotymi rzeźbami. Przechowywane tam mumie władców wynoszone były codziennie by ofiarować im jedzenie, które potem było rytualnie palone. Miejsce to służyło również jako obserwatorium astronomiczne. Zachowane fragmenty wspaniałej roboty kamieniarskiej należą do najlepszych przykładów architektury inkaskiej w Peru. ściana wysoka na 6 metrów, z perfekcyjnie dopasowanych kamieni przetrwała mocne trzęsienie ziemi, które zniszczyło większość budynków kolonialnych.

Po południu zaszłyśmy do dzielnicy targowej, gdzie ukazało się prawdziwe oblicze Cusco. Razem z nim pojawiły się bandy dzieciaków, które przypomniały nam, że karnawał nadal trwa. Oczywiście ja byłam najbardziej interesującym celem. Przyznam, że dałam się nieco wkręcić w zabawę co skończyło się zmasowanym atakiem na mnie. Cóż, pozostało mi tylko suszyć się w ostatnich promieniach słońca.

Na głównym placu zupełnie przez przypadek trafiłyśmy na pub Mama Afrika, którego bezsilnie szukałyśmy poprzedniego wieczoru. Sympatyczna kelnerka wyjaśniła nam jak dojść do ruin Sacsayhuaman i pomnika Criste Blanco, a my obiecałyśmy wrócić wieczorem. Ruiny zrobiły na mnie ogromne wrażenie, które po części zawdzięczam wspaniałemu światłu zachodzącego słońca i nielicznym zwiedzającym. Wielkie bloki skalne poukładane z taką precyzją jakby to były zabawki dla dzieci, a nie kloce ważące setki ton. Przeróżne formy, kształty, a kolor ciemny, prawie czarny. Oczarowana krążyłam po murach wpatrując się zachłannie w każdy detal. Aparat sam chodził mi w rękach. Nie mogłam powstrzymać się przed robieniem zdjęć chcąc to miejsce i jego wspaniałą atmosferę zabrać ze sobą.

Po paru drinkach w Mama Afrika kołysząc się w rytm reggea wsiadłyśmy do autobusu zapełnionego turystami. Jak na dotychczasowe warunki to był dla nas prawdziwy luksus, choć głupowaty filmik mogliby sobie darować. O świcie wylądowaliśmy w Puno, gdzie porzuciłyśmy wygody, na rzecz podróżowania z miejscowymi. Koło południa byłyśmy już w Boliwii, a dokładniej w Copacabanie nad jeziorem Titicaca. Minął właśnie tydzień naszej pośpiesznej podróży na południe i wreszcie mogłyśmy zwolnić tempa. Poddałyśmy się leniwej atmosferze wakacyjnej mieściny. A co było dalej to już inna historia.

wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright © Martyna Kloska 2006