Dojazd
Zaczęło się od tego, że po raz pierwszy nie miałam konkretnych planów na lato, a sporo osób napomykało coś o Szwecji i zarabianiu zbierając maliny i jagody. Mnie i dwójce znajomych nie zale żało na wątpliwym zresztą zarobku, więc postanowiliśmy pojechać raczej turystycznie, a po drodze mo że zajrzeć do "zbieraczy". Niestety termin wyjazdu ciągle się opóźniał i w końcu nie wytrzymałam. "Jadę. Spotkamy się na miejscu."
Kilka dni na internecie i mogłam ruszać. Miałam schematy szlaków górskich z odległościami, skąpe opisy parków i tras, rozkłady jazdy pociągów i autobusów oraz wielką mapę Skandynawii. Taki mój minimalistyczny przewodnik. Najbardziej lubię podró żować bez zbędnych informacji, wyobra żeń, oczekiwań. Mieć minimum wiadomości, by ruszyć sprawnie w drogę, a dalej wszystko się uło ży.
Chciałam jak najszybciej znaleźć się na północy, więc o autostopie nie było mowy. Wyszło mi, że choć prom do Nynashamn jest znacznie dro ższy (ni ż do Karlskrony) to w sumie się opłaca, bo dopływam prawie do samego Sztokholmu i nie muszę korzystać z drogich pociągów. Nie mówiąc ju ż o przyjemności oglądania zachodu i wschodu słońca na otwartym morzu. Naprawdę warto.
Podró ż trwała jakieś 18 godzin, ale mi się nie nudziło. Mo że dlatego, że po raz pierwszy tak daleko płynęłam promem. Wszystko było nowe. Tyle pokładów i tarasów do obejścia, tyle zdjęć do zrobienia. Piękny zachód i nerwowo oczekiwany wschód - oj, żeby tylko nie przespać! Jedzenie na drogę radzę wziąć ze sobą, bo ceny ju ż szwedzkie.
Do Nynashamn dobiliśmy koło południa. Upał dawał się we znaki, a kolejka wydawała się poruszać w żółwim tempie. Sama odprawa poszła szybko i sprawnie. Pytano się o cel (północne góry), bilet powrotny (brak, ale zamierzałam wracać przez Norwegię) , pieniądze (pokazałam co miałam + kartę) i gdzie zamierzam nocować (namiot). Uznali, że nie stwarzam zagro żenia (głównie chodzi o nielegalną pracę) i dali mi spokój. Niestety niektórzy miewają problemy, albo są wpuszczani warunkowo, np. tylko na tydzień.
W Nynashamn od razu odwiedziłam centrum informacji turystycznej co wszystkim gorąco polecam. Jest pełno broszurek, które pomogą zorientować się w atrakcjach, kempingach i obowiązujących prawach (jak powszechne prawo wstępu na cudzy grunt - czyli mo żesz wszędzie rozbić namiot byle nikomu nie przeszkadzać i nie niszczyć jego własności). świetnie wyszkoleni pracownicy na pewno pomogą (niektórzy mówią dobrze po polsku).
Było upiornie gorąco, więc zdecydowałam się trochę powylegiwać i zostać w Nynashamn na noc. Rozlokowałam się w lesie nad zatoką (Nickstaviken) kawałek za wielkim kąpieliskiem i kempingiem. Było tam znacznie ciszej i przyjemniej. Na noc przeniosłam się nieco wy żej, na szczyt skałki, z której rozciągał się piękny widok na zatokę i okolice. Było na tyle ciepło, że nie rozstawiłam namiotu co okazało się powa żnym błędem, gdy ż komitet powitalny komarów był nader liczny i natarczywy. Nie wiedziałam co gorsze: ugotować się zaszyta w śpiworze po czubek nosa (w nocy wcale nie było chłodniej), czy dać się zjeść żywcem. Na szczęście parę garści wspaniałych, soczystych i słodziutkich jagód na śniadanie od razu poprawiły mi humor.
Sztokholm
Do Sztokholmu jedzie się jakąś godzinkę pociągiem podmiejskim. Bilet mo żna kupić u konduktorki (50koron w jedną stronę), ale jeśli ktoś zamierza zwiedzać okolice Sztokholmu to opłaca się od razu kupić jedną z wielu oferowanych kart, mo żna sporo zaoszczędzić. Dworzec centralny to wielki węzeł komunikacyjny i mo żna się nieco zagubić, ale te ż mo żna łatwo uzyskać informacje na temat wszelkich połączeń metrem, pociągami podmiejskimi czy dalekobie żnymi (język angielski sprawdza się wyśmienicie). Plecak udało mi się upchnąć do szafki za 25k (na dobę). Ruszyłam na miasto.
Sztokholm jest cudowny! I mówi to osoba, która z reguły nie przepada za miastami. Większość czasu spędziłam przechadzając się wąskimi uliczkami wzdłu ż kolorowych kamienic Gamla Stan'u. Takie ichniejsze stare miasto. Urzekły mnie te uliczki, zakamarki, małe placyki, ale i stare pompy wodne, które pozwoliły ochłodzić się w tak upalny dzień i uzupełnić zapas wody. Jednocześnie, dzięki otaczającej Gamla Stan ze wszech stron wodzie, czuje się ogromną przestrzeń. Mo żna odsapnąć na brzegu i podziwiać z daleka inne dzielnice tego miasta. Zapuściłam się te ż nieco do centrum. Tu spodobał mi się niewielki plac targowy, gdzie młodzi sprzedawcy nawoływali do swych stoisk przechwalając się kto ma najsmaczniejsze owoce i warzywa (a przynajmniej tak to brzmiało, bo po szwedzku nie znam ani słowa). Był to środek lipca, więc turystów było sporo. Na szczęście prawie wszyscy stłoczyli się tyko na kilku deptakach i przy głównych atrakcjach pozostawiając resztę w błogiej ciszy i spokojnym rytmie dnia powszedniego.
W Sztokholmie spędziłam tylko dwa niecałe dni jadąc i wracając z gór. Nie poradzę więc, do których muzeów się wybrać, z jakich atrakcji skorzystać i jakie wycieczki po okolicy wybrać, choć sądzę, i ż jest tam wiele do zobaczenia. Ale wszystkich gorąco namawiam, by wpadli tam choćby na jeden dzień.
Wędrówka
Trasa: jakieś 200km na Kungsleden (Królewski Szlak) od Abisko do Kvikkjokk i jeszcze trochę na wschód
19.07
Do Abisko turiststation pociąg dobija wczesnym popołudniem. W pobliskim schronisku w końcu zdecydowałam się kupić mapę. Arkusz Kebnekaise-Saltoluokta wydał mi się najbardziej odpowiedni, bo obejmował rejon najwy ższych gór i sporą część mojej trasy. Tak naprawdę trzymając się Kungsleden, mapa wcale nie jest niezbędna. ście żka, prawie zawsze jest oczywista, a co kilkanaście kilometrów są schroniska, gdzie mo żna rzucić okiem na mapę. Tyle, że z mapą w dłoni zawsze raźniej. Istnieją te ż atlasy z całą trasą Kungsleden, które są chyba najlepszym wyjściem, ale ja zbyt późno się o nich dowiedziałam.
Od razu ruszam w drogę. Słońce pra ży, a plecak cią ży straszliwie. Przez zimę odzwyczaiłam się i teraz nie mogłam się w niego wpasować. Na dzień dobry ście żka wzdłu ż niewielkiego, lecz malowniczego kanionu z szalejącymi wodami rzeki Abiskojokka. To była zapowiedź licznych wodnych atrakcji, które miałam spotkać na swej drodze. Za miejscem na biwak rozglądam się ju ż po 18-ej. W końcu będę się mogła spokojnie wyspać. Pamiętając nauczkę z Nynashamn namiot rozkładam, by schować się przed mrowiem latającego badziewia, ale pogoda tak piękna, że tropik olewam. Sprej na komary wydaje się bezu żyteczny, tylko dym ogniska trochę pomaga. W Szwecji mo żna wszędzie biwakować w sposób odpowiedzialny, tzn nie przeszkadzając innym i nie niszcząc cudzej własności/ziemi, a będąc na terenie parku narodowego nale ży tym bardziej uwa żać by nie pozostawić po sobie żadnych śladów.
Park Narodowy Abisko zało żony w 1909 roku rozciąga się na przestrzenie 7,700 hektarów. Większość terenu to nisko poło żona dolina otoczona od południa i zachodu górami, a od północy wodami malowniczego jeziora Torneträsk. Ze szczytu góry Njulla, na który zresztą mo żna wjechać kolejką, rozciąga się wspaniały widok na Park i jezioro. Rzeka Abiskojokka, która biegnie przez cały Park, jest szczególnie interesująca na ostatnim odcinku, gdzie przed wpłynięciem do jeziora przeciska się przez skały tworząc malowniczy kanion (miejscami głęboki na 20 metrów). Abisko poło żony w pónocnej Laplandii jest jednym z najbardziej słonecznych miejsc w Szwecji. Letnie białe noce stwarzają niezapomniane wra żenie.
20.07
Następny dzień był bardzo długi. Szybko minęłam schronisko Abiskojaure i ruszyłam pod górę do wysoko poło żonej doliny. Pogoda się zmieniła. Góry dały o sobie znać. Im bardziej m żyło i wiało tym szybciej szłam mijając kolejne grupki. Wszyscy wyciągali kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Ja uznałam, że nie ma sensu, bo czego deszcz nie dosięgnie to pot przemoczy. Zresztą myślałam, że następne schronisko jest niedaleko. Pomyliło mi się. Zamiast na początku to było na końcu długiego jeziora. Ró żnica jakiś 10km. Gdyby nie to, pewno bym tak szaleńczo nie leciała, bo przecie ż ile mo żna wytrzymać takie tempo i to w strugach deszczu (rozpadało się na dobre). Gdy zrozumiałam swój błąd to skorzystałam z przerwy w deszczu i przycupnęłam na chwilę chroniąc się od wiatru za skałką. Coś na ząb i picie. Długo nie wysiedziałam, bo zaraz przeszył mnie chłód. Ruszyłam dalej by się rozgrzać. Rozbiłam się w pobli żu schroniska Alesjaure. Zaraz wpełzłam do śpiwora, by się zagrzać i odpocząć.
Rozbijając się w okolicy schroniska nale ży się upewnić jak daleko sięga jego teren. Miejsca bli ższe i dogodniejsze są dla osób, które chcą korzystać np. z kuchni schroniska (oczywiście odpłatnie). Czasami tego przestrzegają czasami nie. Ja nie wiedziałam, więc przeprosiłam i nikt mi nie kazał się przenosić. Potem rozbijałam się w bardziej ustronnych miejscach.
21.07
Dzień się zaczął dość pochmurnie, ale przynajmniej nie padało. Ruszyłam wcześnie, ale nie szło mi się najlepiej. Po wczorajszym mokrym dniu i nie dosuszonych butach zrobiły się pierwsze obtarcia, a w kostce zaczęło mnie coś straszliwie ugniatać. Szłam rozległą doliną marudząc sobie pod nosem. Przez to o mały włos przeszłabym nie zauwa żywszy stada reniferów. Moje pierwsze renifery! Udało mi się podejść do nich w miarę blisko. Chciałam się na nie napatrzyć i zrobić zdjęcia. Skąd mogłam wiedzieć, że będą mi towarzyszyć przez następnych kilka dni.
Po kilkunastu kilometrach szlak odbił na południe do bocznej zawieszonej dolinki, u wylotu której stoi kolejne schronisko, Tjaktja. Okolice były jakoś mało przyjazne, więc ruszyłam dalej znaleźć sobie jakiś miły zakątek. Przy końcu doliny zazieleniła się piękna kępa trawy nad strumieniem. Pośród prawie nagich skał i rumowiska skalnego wyglądała jak oaza. Idealne miejscko i nawet słonko na chwilę wyszło.
Pod wieczór poszłam na spacer. Hopsanie po rumowisku skalnym w rozklekotanych sandałach mo że nie jest najbezpieczniejsze, ale nie miałam ochoty zakładać buciorów, które tak mi się dzisiaj dały we znaki. Ruszyłam na grzbiet, by trochę rozejrzeć się w koło. Z ka żdym metrem w górę wyłaniały się coraz to dalsze szczyty, a ja czułam się jakbym była sama jedna w tym niekończącym się górskim królestwie. Na mokrych skałach przeciwległego grzbietu pobłyskiwało słońce, które mimo późnej pory zawieszone było wysoko nad horyzontem. Udało mi się zajrzeć do sąsiedniej doliny, w której spędzę następnych kilka dni. Po jej prawej stronie góruje potę żna góra Salka. Nie mogłam odmówić sobie przyjemności przemaszerowania przez sam środek dwóch poletek śniegu mimo, że w bose nogi było trochę chłodno. Natknęłam się tam na ślady, a po chwili usłyszałam delikatne dzwoneczki. To stado reniferów przemknęło się nieopodal.
22.07
Dziś zaczynam od przejścia przez przełęcz do następnej doliny. Ta jest szersza , ni żej poło żona i bardziej wilgotna co przejawia się soczysta zielenią i sporą ilością białej wełnianki. Jeszcze kawałek i w końcu "wchodzę" na dokładną mapę. Do tej pory musiałam się obejść tylko skąpymi schemacikami i tym co zapamiętałam z ostatniego schroniska. Teraz mogę sprawdzić gdzie jestem i jakie góry mnie otaczają. A co wa żniejsze, zastanowić się czyby gdzieś w bok nie odskoczyć. Dziś muszę podjąć decyzję o dalszej drodze. Czy zostać w okolicy Kebnekaise (najwy ższej góry) czy iść dalej na południe. W schronisku Salka próbowałam się czegoś dowiedzieć, ale pracująca tam kobieta nie zna okolicy. Radzi jednak, że jeśli chcę wchodzić na Kebnekaise to najlepiej od tej strony. Wprawdzie nie ma szlaku, ale droga nie trudna, a do tego znacznie krótsza i przyjemniejsza. Szlak prowadzi od bazy na wschodzie, ale jest dłu ższy i monotonny. Uznałam, że to dobry pomysł.
23.07
Kebnekaise
Pogoda dość niepewna, ale w końcu decyduję się iść. Do podręcznej torby biorę aparat, picie i coś na ząb. Wyznaczonego szlaku nie ma, ale są mniej lub bardziej wydeptane ście żki. Idąc w górę strumyka dochodzę do niesamowitej kotlinki. Lawina kamienna, która zsunęła się z prawej ściany zatamowała dolinę, w której utworzyło się jezioro. Z lewej dochodzi dolina i strumień spod Kebnekaise - tam muszę się kierować. Decyduję się zostać po lewej stronie głównego strumienia, bo na razie teren wydaje się lepszy. Nie był to najlepszy wybór, bo muszę się wspinać wysoko, ale dzięki temu mam lepsze widoki. Przez chwilę widzę biały czubek Kebnekaise. Na samej górze dolinki robi się dość mokro, strumień rozlewa się po dnie. Skaczę po kamieniach. Teraz spotykam kopczyki kamienne, ale są zbyt rzadko i zbyt rozproszone by za nimi iść. Wolę sama obierać drogę. Na przełęczy dochodzę do szlaku i od razu pojawia się pełno ludzi. Zaczyna się stroma zygzakowata ście żka pod górę. Akurat gdy dochodzę do chatki zaczyna kropić, więc chowam się z innymi pod dach. W końcu łapię zasięg komórką więc odzywam się do domu i znajomych, którzy mo że potem do mnie dołączą. Próbuję jeszcze wejść wy żej na sam szczyt, ale dociera do mnie fakt, że pogoda ju ż się nie poprawi, a szczyt schował się w deszczowej chmurze. Zbiegam więc na dół uwa żając na śliskie kamienie. Wracam tą samą doliną choć droga trochę inna, lepsza. W miejscu biwakowym z kamiennym wiatrołapem, które mijałam idąc w górę stoi ju ż namiot. Widzę te ż trzy osoby z plecakami idące w górę. Pewno będą nocować na przełęczy, a mo że w chatce. Ni żej przeganiam sporą grupę, która zagoniła się trochę za wysoko i teraz korzystają ze wskazówki i idą za mną. Pada coraz bardziej, a właściwie to leje. Jestem kompletnie przemoczona i przez okulary prawie nic nie widzę. Ju ż ich nawet nie przecieram, bo deszcz bije mi prosto w twarz. Wreszcie dobiegam do namiotu. Zrzucam z siebie przemoczone ubranie. Mino szybkiego tempa trochę się wychłodziłam, więc na wstępie robię sobie gorący kubek.
Od śpiwora i ksią żki oderwała mnie ciekawość i lekkie poirytowanie bo od pewnego czasu coś ciągle pobrzękiwało na zewnątrz. Wystawiłam łepetynę i ... okazało się, że jestem w środku wielkiego stada reniferów. Trzymały się w bezpiecznym dystansie od mojego namiotu, ale naprawdę były wszędzie dookoła. Stąpały tak delikatnie, że tylko od czasu do czasu słyszałam ich dzwoneczki.
24.07
Okolice co chwila znikają w chmurach. Zimno, wietrznie i mokro, więc robię sobie dzień przerwy, który spędzam na czytaniu, drzemaniu i podjadaniu.
25.07
Miałam wątpliwości czy słonko wychyli się zza gęstych chór, a tu od rana piękny dzionek. Po wczorajszym le żakowaniu miałam ze zdwojoną ochotą ruszyłam dalej. Zaledwie paręset metrów od biwaku musiałam przystanąć na sesję zdjęciową rodzinki pardw. To małe pisklaki nie mogły cicho wysiedzieć i zwróciły moją uwagę. Mama próbowała mnie od nich odciągnąć. Dałam jej się zwieść poniewa ż była znacznie bardziej fotogeniczna ni ż małe, które prawie nie odró żniały się od skał. Dalej natrafiłam na wspaniały kanion. Rzeka znacznie się zwę żała i szalała pośród skał. Przy większych progach wiatr unosił drobiny wody dzięki czemu tworzyły się piękne tęcze.
Szłam ciągle w dół głównej doliny, która to rozlewała się na ogromnej przestrzeni to zwę żała między górami. Po drodze minęło mnie kilka samotnych reniferów. Z jednym prawie bym się zderzyła, bo truchtał po ście żce w moją stronę. Dopiero kilkanaście metrów przede mną stanął jak wryty poczym zrobił skok w bok. Był chyba młody i niedoświadczony, bo większe osobniki raczej trzymały się z dala.
Po południu doczłapałam do końca doliny. Rzeka, która jeszcze niedawno leniwie meandrowała doliną, tu szalała pośród skał, by pokonawszy kolejne progi wpaść do jeziora.
26.07
Dziś krótki odcinek. Piękna pogoda się utrzymuje i słońce grzeje bez opamiętania. Nie mając nawet kropelki kremu przeciw słonecznego staram się przynajmniej nos nieco oszczędzić przyklejając listeki. Droga wiedzie odsłoniętym terenem po wysokim plato, dzięki czemu powiewy wiatru łagodzą trochę upał. Znajduję grzyby i zatykam je na patyczki, by przeschły w drodze. Będzie pyszny dodatek do risotto. Po dziewięciu kilometrach spuszczam się zygzakiem nad jezioro. Jest ono wąskie (mo że kilometr) i długie przypominając tym samym norweskie fiordy. Mam szczęście, bo akurat przypłynęły dwie łodzie z przeciwległego brzegu i jedną trzeba z powrotem odprowadzić. Na większości jezior, przez które przechodzi Kungsleden, są łódki do u żytku publicznego dla tych, którzy chcą sprawdzić się w wiosłowaniu, a przy okazji oszczędzić trochę kasy poprzez nie korzystanie z prywatnym motorówek. Problem jest tylko taki, że z trzech łódek na ka żdym brzegu musi być przynajmniej jedna. Czyli na dobrą sprawę dwie stoją, a jedna kursuje w te i z powrotem. Jeśli jest się w kilka osób i na brzegu jest jedna łódka to mo żna nią popłynąć. Na drugim brzegu wziąć drugą łódkę i wrócić dwiema. Na pierwszym brzegu zostawić jedną i znowu popłynąć jedną na drugi. Troche to zagmatwane, ale w ten sposób zamiast trzech łódek na jednym brzegu, jedna jest na jednym a dwie na drugim. Oczywiście na takim wąskim jeziorku jak to mo żna się na to pokusić, ale jeśli jest trzy kilometry w jedną stronę to z przyjemnej przeprawki robi się dziewięć kilosów wiosłowania i to nie daj bo że w deszczu. Dla mnie to i tak nie miało znaczenia bo ten manewr w pojedynkę i tak jest nie do wykonania. Od razu więc zdeklarowałam się, że przewiozę na drugi brzeg nadwy żkową łódź. Szło mi się dziś wyjątkowo dobrze i szybko przez co dawno wyminęłam wszystkich na szlaku i nie spodziewałam się, że ktokolwiek pojawi się tu szybko. Musiałam więc ruszyć sama. Wrzuciłam plecak, zało żyłam kapok i wjo. Koleś, który obiecał mnie odepchnąć, musiał zauwa żyć me niezdecydowanie jak właściwie usiąść i w którą stronę wiosłować - kilka lat minęło od czasu gdy ostatni raz siedziałam w takiej łódce i musiałam sobie co nieco przypomnieć. Zrobiłam jednak dziarską minę i zapewniłam go, że nie raz czymś takim pływałam i na pewno dam sobie radę. Nie było to jednak tak banalne jakby się mogło wydawać. Kiepsko osadzone wiosła utrudniały sprawę, a porządne fale napędziły mi stracha. W tej dość głębokiej i wąskiej dolinie wypełnionej jeziorem wiatr hulał zawadiacko. Fale biegły wzdłu ż jeziora co znaczyło, że nie mogę przeprawić się najkrótszą drogą tylko starać się ustawiać dziób pod fale. Nie ukrywam, że na środku bujnęło mną konkretnie parę razy i oczyma wyobraźni ju ż widziałam plecak z całym dobytkiem opadający na dno. Musiałam się jednak wziąć w garść i zapanować nad emocjami. Grunt to złapać równowagę i upilnować wiosła by równo chodziły. Zmordowana, ale i uradowana zwycięstwem dobiłam na drugi brzeg. W tym momencie zobaczyłam jak w moje ślady rusza następna łódź - trzech rosłych chłopaków. Poszło im to znacznie sprawniej. Wystarczyłoby bym kwadrans poczekała i nie musiałabym się tak mordować. Jednak wcale nie żałowałam mojej przygody.
27.07
Miałam bardzo podstępny plan. Wstać jak najwcześniej, zanim słonko zacznie grzać, by spakować się i ruszyć w drogę nim muszki, które tak strasznie dokuczyły mi poprzedniego wieczoru, ruszą na żer. Prawie się udało, ale przypłaciłam to klejącymi się oczyma i ogólnie kiepskim samopoczuciem jakie zwykle dopada człowieka gdy ominie go śniadanie, szczególnie przed sporym wysiłkiem fizycznym. Co gorsza ruszyłam z marną resztką wody na dnie butelki, a do pierwszego potoku był naprawdę kawał drogi i to wyłącznie pod górę. Gdy w końcu do niego dotarłam wypiłam na wstępie z pół butli wody z pluszem, poczym rozsiadłam się na śniadanko - resztówka czekoladowego musli.
Dzionek był nie kiepski, widoczki naprawdę rozległe i dalekie, ale mi powieki cią żyły jakby były z ołowiu, a nogi plątały się jakby nie mogły się zdecydować, w którą stronę iść. Przyczyną, bardziej ni ż wczesna pobudka, było chyba zbli żające się szybkim tempem załamanie pogody. Gdy zeszłam do doliny wielkich jezior zdą żyłam zaledwie kilka minut postać łapiąc stopa nim zaczęło padać. Jako, że była to malutka i bardzo rzadko uczęszczana droga nie było sensu moknąć czekając a ż przejedzie kolejny samochód. Uciekłam więc do schroniska. Po chwili zrobiło się dość tłoczno, ale ja zaszyłam się w kącie skupiona nad po życzonymi od opiekunki schroniska kolejnymi arkuszami map, poniewa ż ju ż prawie "wychodziłam" z posiadanej mapy. Uzupełniałam te ż dziennik podró ży i próbowałam czytać ksią żkę, ale w tym zgiełku jakoś mi nie szło. Dopiero tu, między ludźmi, poczułam się samotna. Było kilka grupek przyjaciół, średnia wieku koło czterdziestki i zupełnie obcy mi szwedzki język. Zupełnie nie miałam ochoty na integrację. Chciałam tylko jak najszybciej znowu znaleźć się sam na sam z przyrodą i górkami z dala od tego zgiełku. Jak tylko przestało padać to uciekłam z powrotem na drogę. Reszta czekała na autobus. W rezultacie zabrał mnie znajomy szefowej schroniska, który właśnie wracał do domu w Boden. Podrzucił mnie do Kebnats, gdzie przeprawiłam się przez jezioro i złapałam dalszy ciąg Kungesleden. Tu niestety nie ma łódek i trzeba korzystać z promu lub prywatnych motorówek. Na drugim brzegu stoi słynna baza turystyczna Saltoluokta z jeszcze słynniejszą restauracją. Ja szarpnęłam się tylko na paczkę ciastek w sklepiku. Mimo, że minęła ju ż siódma, a dzionek zaczęłam wyjątkowo wcześnie to ruszyłam chętnie w górę tym bardziej, że właśnie przestało kropić. Szybko wyszłam z lasu, ale ku mej rozpaczy przekonałam się, że bzyczące komary pozostawiam dla małych, nieznośnych, wszędzie wła żących muszek. Gdybym przezornie nie wzięła brzozowej gałązki, którą musiałam non stop wymachiwać to chyba rzuciłabym się w rozpaczy na ziemię i zaczęła tarzać. Ale mówiąc z perspektywy czasu to jak na te rejony i tak miałam szczęście, bo tylko kilka razy owady dały mi się we znaki.
Rozło żyłam się chyba po 21. Słońce skryło się za grubą warstwę ciemnych chmur, ale do mroku to i tak było daleko. Skok do namiotu miał być szybki i sprawny by jak najwięcej mych małych towarzyszy pozostawić na zewnątrz. One jednak do końca nie dały się wykiwać - ich strata. Gdy na ściance namiotu rozgniatałam pięćdziesiątą to przestałam dalej liczyć. Nie ma litości - albo one albo ja, a ja nie miałam ochoty dać się zjeść żywcem.
28.07
Dziś droga dość monotonna. Wiatr wyje bez ustanku, dookoła chmury chcą zastraszyć mnie deszczem. W taką pogodę po prostu się idzie i idzie na przód, bo przystanek bez widoków i w chłodzie wcale nie jest przyjemny. Na początku chowam się na chwilę do chatki by przekąsić zaległe śniadanie. Ale w szczelnych czterech ścianach czuję się dziwnie nieswojo. Ciemno, cicho, jakby świat zniknął. Schroniła się tam te ż para szwedzkich młodziaków, więc korzystam ze sposobności i rzucam okiem na mapę. Staram się zapamiętać jak najwięcej i zastanawiam się czy uda mi się dziś przekroczyć następne jezioro. Tutaj ju ż nie będzie tak łatwo i szybko. Nie wystarczy tylko przeprawić się na drugi brzeg. Trzeba te ż popłynąć kawałek na zachód manewrując między licznymi wysepkami i trafić w odpowiednią zatokę. Dobrych kilka kilometrów, a pogoda wcale nie zapowiada poprawy.
Nad jezioro schodzę dość wcześnie w pierwszych kroplach deszczu. Obawy się spełniają - jest tylko jedna łódka, więc trzeba czekać a ż ktoś z drugiej strony przypłynie. Chowam się do starej szopy bo ju ż się naprawdę porządnie rozpadało. Siadam sobie na starej łajbie z gorącym kubkiem i ksią żką. Jeszcze się łudzę, że jakiś wariat w taką pogodę wybrał się łupinką przez to wielkie jezioro. Po prawej jest schronisko i domki gdzie chowają się kolejni przybysze. Opiekunka wypytuje się mnie dlaczego nie wezmę motorówki i raczej nie zachęca mnie do dalszego czekania. Mówi, że w ogóle za mało jest ludzi na szlaku, więc mogę długo czekać. No, ale mi się nie spieszy. Po paru godzinach rezygnuję i rozbijam się niedaleko w lasku.
29.07
Wita mnie pogodny ranek, więc zaraz stawiam się na posterunku. łódki ani śladu, ale przynajmniej teraz mogę mieć uzasadnioną nadzieję, że ktoś się zjawi. Znowu pojawia się zarządczyni domków i przystani. Kobieta w sile wieku, potę żnie zbudowana, od razu widać, że to Sami czyli Laponka. Stanowczym, a wręcz władczym głosem mówi, że nie mogę dłu żej czekać. Powtarzam, że nie mam kasy na motorówkę. "Nie szkodzi, chodź za mną" mówi i zaraz ładuje mnie do motorówki, gdzie siedzi ju ż dwóch Szwedów w świe żutkich markowych ciuszkach. Wyjaśnia sprawę z kierowcą, wszystko ustalone. No i super, taki motostop. Płyniemy szybko, ale drogi jest kawałek. Dopiero teraz w pełni doceniam jakie maiłam szczęście. Kto wie ile by mi zajęło własnoręczne wiosłowanie i odnalezienie drogi. Wprawdzie są boje, które wyznaczają szlak, ale są zbyt rzadko rozstawione i kiepsko widoczne.
Idę sobie bez pośpiechu delektując się słonkiem i widokami. Schodzę do kolejnej doliny. Tu ju ż porządny, bujny świerkowy las i potoki. Mijam kolejne schronisko i trzymając kciuki lecę na przystań. Tym razem mam szczęście. Właśnie dobija koleś, który przypłynął z przeciwległego brzegu. Przejmuję po mi łódeczkę. On jak większość facetów na widok samotnej dziewczyny czuje się dość zakłopotany i poczuwa się do odpowiedzialności. Chętnie więc zgadzam się by mi pomógł w odbiciu od przystani i jeszcze dopytuję się gdzie właściwie mam płynąć. Pokazuje mi białą tarczę na wyspie, tam zobaczę następną ju ż na drugim brzegu. Dzień jest idealny, tafla spokojna, a kolor przedziwnie mleczno-zielony jak wody jezior lodowcowych.
Na drugim brzegu znowu zerkam na czyjąś mapę. Postanawiam zrobić sobie przerwę. Zjeść obiad, mo że popływać, poczym ruszyć dalej i nocować wysoko ju ż ponad lasem, by mieć piękne widoki. Lokuję się więc z boczku wybierając jedno z miejsc po dawnych ogniskach i rozpalam swoje. Apetyt mi dopisuje i cieszę się na ry ż z soczewicą. Na dole zbierają się powoli ludzie. Grupka dziewczyn po dłu ższej naradzie decyduje się wziąć łódkę i płynąć o własnych siłach. Następni zbierają się koło pomostu - niedługo będzie motorówka.
Ja ruszam tu ż przed ich odpłynięciem. Szlak prowadzi przez ładny, głównie świerkowy las. żar słońca ju ż trochę zel żał, więc idzie się przyjemnie. Mijam czasem potoczki i małe oczka leśne. Zapadł ju ż przedwieczorny spokój, ale rozleniwienie ciepłego dnia jeszcze nie minęło. Las wydaje się pusty, choć rozglądam się za parą, która ruszyła jakieś dwie godziny przede mną. Po drodze mijam kilka fajnych miejsc biwakowych nad potokiem, ale ja mam ochotę na wysokość. Las przerzedza się i na podejściu zostają ju ż tylko małe powyginane brzózki. W końcu i one znikają, a horyzont poszerza się z ka żdym krokiem wzwy ż. Podejście jest dość ostre i męczące, ale w miarę krótkie. Mijam spotkaną nad jeziorem parę - robią sobie przerwę na kanapkę. Ja podchodzę jeszcze trochę. To właściwie nie szczyt, ani wierzchowina, tylko takie spłaszczenie stoku. Szlak prowadzi trawersem kilka kilometrów zanim zejdzie w dół do następnej doliny i jeziora. Po drodze ma być chatka górska, ale ja chcę rozbić się wcześniej. Rozbijam się nieco ponad ście żką gdzie pozostanę niewidoczna. Zadomawiam się, przebieram, bo jest tu dość chłodno i z aparatem ruszam na spacer. W takich chwilach najbardziej doceniam białe noce. Choć jest ju ż późny wieczór to jest na tyle widno by zwiedzić okolicę i porobić zdjęcia. Widać wielkie jezioro, którego odsłonięte brzegi tworzą żółtą grubą ramkę. To chyba z powodu suszy poziom wody tak bardzo się obni żył i odsłonił kilka-kilkanaście metrów brzegu. Wygląda to fantastycznie. W dolinie, w której wije się wpadająca do niego rzeka, te ż odsłonięte jest sporo terenu. Dookoła słychać popiskiwania górskich ptaków. Promienie słońca pozostały ju ż tylko na wy ższych szczytach i chmurach nadając temu wieczorowi dodatkowego kolorytu.
30.07
Budzę się pod karbowaną kołdrą chmur. Mama wra żenie, że wiszą mi tu ż nad głową. Zmykam zanim cokolwiek z nich spadnie. Po drodze korzystam z chwili słońca i za żywam porządnej kąpieli. Woda w wartkim strumieniu jest lodowata, ale mino to myję się od stóp po głowę, a nawet robię lekkie pranie, które potem rozwieszam na plecaku by schło podczas drogi.
Tym razem schodzę do lasu ju ż na dobre. Cieszą mnie jagody, ale odczuwam brak przestrzeni. Nie widząc dokąd idę i nie mając mapy czuję się trochę jak ślepiec. Lubię mieć jakieś punkty odniesienia, nawet jeśli tylko na mapie. Zawsze mo żna sobie zaplanować, podzielić dzień na odcinki. Zahaczam o schronisko na półwyspie i siadam na trochę nad brzegiem by zaczerpnąć przestrzeni. Postanawiam dojść do następnego jeziora i tam przenocować. Droga mi się trochę dłu ży tym bardziej, że co chwila schylam się po jagody i grzyby. Tym drugim to robię raczej zdjęcia, bo rozmiary są imponujące.
31.07
Dzień odpoczynku nad jeziorem. Pogoda niestety nie dopisuje.
01.08
Dziś opuszczam Kungsleden. Ostatnie kilometry prowadzą mnie do Kvikkjokk. W schronisku rozmyślam co robić dalej. W końcu decyduję się na małe przedłu żenie, bo jest szlak, który prowadzi na wschód jakby równolegle do szosy, ale przez górki. Ruszam więc na górę Sjnjerak po drodze objadając się wielkimi soczystymi jagodami. Na wypłaszczeniu pod szczytem znajduję małe jeziorko i chatkę, w której nocuję.
02.08
Zwiedzam okolicę poczym ruszam dalej. Zaciszny domek przez chwilę kusi mnie czyby tu nie zostać na jeszcze jedna noc, ale potrzeba ruszenia w drogę jest jednak silniejsza. Krótkie spacerki bez celu to nie to samo. Dopiero z plecakiem na plecach czuję się dobrze. To on jakby pcha mnie na przód. Teraz gdy zjadłam większość zapasów jest znacznie lżejszy, a zapewne siły te ż mi trochę przybyło. Na chwilowe postoje, żeby się napić czy nazbierać garść jagód ju ż dawno przestałam go zdejmować.
Mijam mały zagajnik, ale poza tym cały czas jestem ponad górną granicą lasu. Teren jest dość podmokły, torfowiska. Teraz ju ż jestem pewna, że te małe roślinki z owockami jak maliny tyle że pomarańczowymi to właśnie malina moroszka, dzięki której sporo Polaków na sezonowy zarobek. Próbuję ją parę razy, ale nie mogę się przekonać do tego świństwa. Od stanu niedojrzałego, ró żowata i twarda, przechodzi od razu w stan na wpół sfermentowany, a przynajmniej tak smakuje. Przetwory, którymi zajadają się skandynawowie, podobno są nie wiele lepsze, tyle tylko, że nadzwyczaj zdrowe. Mo że od dziecka trzeba się do tego smaku przyzwyczaić by móc go tolerować, a tym bardziej delektować się nim. Bardziej interesowały mnie grzyby, które swymi pięknymi kapeluszami uwodziły mnie na ka żdym kroku. Nigdy grzybobranie nie było tak proste. Wszak tu były one większe ni ż "drzewa" - karłowaty brzozy. Na początku zaciskałam pięści i odwracałam głowę, ale wymyśliłam sobie, że przecie ż mogę nazbierać na jutro i przynieść w gościniec kole żance i jej znajomym, których mam zamiar odwiedzić. Wyjęłam więc płócienną torbę i wkładałam co piękniejsze okazy. Starałam się ograniczać, ale ju ż ni żej, w lesie nie mogłam nie pokusić się na czerwone kozaki.
03.08
Na nockę zatrzymałam się w wiacie turystycznej. ładnie poło żona nieopodal rzeczki i z wielkim paleniskiem. Grzyby rozło żyłam na stole by je przebrać i nieco podsuszyć. Spałam w samym śpiworze na ławie i zauwa żyłam, że w namiocie jakoś mniej czuło się jasność nocy. Nad ranem zrobiło się dość rześko, więc wstałam rozpalić ognisko i zrobić kubas gorącej kawy. Siedzę sobie tak przy palenisku z kubkiem w jednej dłoni, a ksią żką w drugiej i czekam, a ż słonko wzbije się ponad czubki strzelistych świerków i ogrzeje swymi promykami.
Do szosy mam zaledwie kilka kilometrów przez piękny świerkowy las z bogatym jagodowym podszyciem. Szosa prowadzi tylko do pobliskiego Kvikkjokk, więc nie łudzę się, że będzie często uczęszczana. Mam nawet rozkład jazdy autobusów, ale ja naprawdę nie lubię bezczynnie czekać. Postanawiam więc iść na piechotę łapiąc po drodze wszystko co się rusza. Niestety nie wiele tego było. Po godzinie, mo że dwóch, minął mnie i autobus. Potem przyszło mi do głowy, że pewno by się zatrzymał gdybym na niego machnęła (przystanki rozrzucone są co kilkadziesiąt kilometrów), ale jakoś nie byłam gotowa się poddać. Stopy zaczynały mnie ju ż boleć (asfalt to najgorsze podło że do chodzenia), słońce chyba postanowiło zrobić sobie ze mnie pieczeń. Po jakiś 2,5 godzinie w końcu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Starszawy granatowy kombi mija mnie, ale nagle hamuje i cofa się. Nie wierzę własnym oczom. Prawdę mówiąc zaczęłam ju ż tracić nadzieję i zastanawiałam się nad biwakiem nad jeziorem. Wita mnie wesoła rodzinka szwedzka. Johan ze swoją siostrą Elizabeth i córką Amandą. Jest tu pierwszy raz od jakiś dwudziestu lat, ale gdy był mały to często przyje żd żał tu z rodzicami. Wraz z siostrą, która właśnie przyjechała w odwiedziny z Bogoty (pracuje w ambasadzie) postanowili razem odwiedzić stare miejsca. Po drodze zatrzymaliśmy się u starszego pana, którego znali z dzieciństwa. O dziwo pamiętał ich po tylu latach i ju ż po chwili siedzieliśmy wszyscy przy kuchennym stole popijając sok owocowy. Sprawiali wra żenie bliskich znajomych czy wręcz rodziny i choć nie rozumiałam ani słowa, bo niestety dziadek nie mówił po angielsku, to odczuwałam naprawdę miłą atmosferę. No ale trzeba było ruszać w dalszą drogę. śpieszyli się by zdą żyć do Jokkmokk przed zamknięciem muzeum Kultury Sami, bo mała chciała kupić dla siebie i swej młodszej siostry tradycyjną bransoletkę ze skóry i koralików. Po zakupach zaprosili mnie na obiad w przy muzealnej stołówce. Sprzątnęłam talerz do czysta delektując się świe żymi warzywami.
Amanda była naprawdę śmieszna i buzia jej się nie zamykała, przy czym mówiła bez problemu po angielsku. Twierdzi, że to głównie dzięki telewizji gdzie zagraniczne kanały lecą w oryginale. Dzięki temu młodzie ż znacznie lepiej mówi po angielsku, nawet jeśli jest to bardziej amerykański. Naprawdę bardzo wesoła i otwarta dziewucha.
Odwieźli mnie na sam kemping i szukali ze mną mojej kole żanki, bo chcieli ją poznać i podsłuchać trochę polskiego. U szefa dowiedziałam się, w którym domku mieszka, ale niestety nie było nikogo. Zapewne jeszcze nie wrócili ze zbioru maliny moroszki. Trudno, po żegnałam się serdecznie ze swoją szwedzką rodzinką i poszłam rozejrzeć się po okolicy.
No, ale dalej to ju ż inna nie górska historia.
|