martyna kloska
podróże przygody przeżycia
 P E R U 
główna o sobie o Peru z podróży galeria zdjęć mapy oferta kontakt
 
      Styczeń 2005
      Selva Central: San Ramon-La Merced-Pichanaki
 

SELVA, znaczy dżungla

Pierwsze godziny w selvie. Od początku deszcz, wilgoć, wszechobecna woda. Wjeżdżając zrozumiałam, że można się w niej zakochać od pierwszego wejrzenia. Po pierwszym spacerku złapała mnie w swoje sidła. Oszałamiająca różnorodność roślinności, gęste powietrze wypełnione nowymi zapachami i tylko kolor prawie niezmiennie zielony z punkcikami czerwonych kwiatów i ulotnym błękitem motyli. Spowiła nas delikatna mgiełka bijąca od wodospadu, ale mokrość tutaj nie przeszkadza, jest czymś naturalnym, nieodzownym jak powietrze. A to, jest tak nasycone, iż mam wrażenie, że można się najeść tylko oddychając. Gdy już zaczęłam się przyzwyczajać do panującej mglistości i wilgotnego, ale świeżego powietrza, to wyłoniło się słońce, które nadało wszystkiemu nowego kolorytu. Wracaliśmy niby tą samą ścieżką, ale jakże się zmieniła. Gra światła i cienia dodała kolejny wymiar tej gęstwinie. Słońce wydobyło nowe odcienie zieloności. Zapachy stały się bardzie intensywne. Poczuliśmy tropiki.
wiecęj zdjęć >>

Od początku.

Ruszyliśmy rankiem z Huancayo przez urodzajną rolniczą dolinę Mantaro, największą w Peru. Przez ostatni miesiąc dzięki częstym deszczom pola zazieleniły się, dolina zbudziła się ze snu. Za Jauja zjechaliśmy z wygodnej asfaltówki by powoli serpentynami wspiąć się do góry. Robiło się coraz bardziej pusto i sucho, aż nastały niczym niezakłócone górskie hale, które oczywiście przypomniały mi stepy Mongolii. Wracając mieliśmy szczęście napotkać tam małe stadko wikuni, nie dające się udomowić zwierzęta z rodziny lamowatych. Ze względy na ich smukłą i dostojną sylwetkę oraz bardzo delikatną sierść (kiedyś wyroby w wełny wikuni zarezerwowane były wyłącznie dla inkaskich króli) miejscowi nazywają je "damami Andów". Z drugiej strony pasma zaczynał się już inny świat. Roślinność zagęszczała się powoli, coraz szczelniej przykrywała czerwoną ziemię i skały, aż skryła wszystko pod swym welonem. Siąpił leciutki deszczyk, który wzmocnił wrażenie wkraczania do dżungli. Wszystko zdawało się ociekać życiem. Podziwialiśmy liczne wodospady spadające z pionowych ścian - dwa bezdeszczowe dni później nie było po nich śladu. Pod jeden można było podejść wydrążoną w skale wnęką i stanąć za kurtyna wody. W dole huczała wzburzona rzeka Perene. Po pięciu minutach wtopiłam się w ogólna mokrość. Z góry deszczyk, z boku mgiełka od wodospadu, z dołu woda otarta z listowia. Zmagałam się z zaparowanymi okularami i aparatem by zrobić parę zdjęć nie zamoczywszy zbytnio sprzętu.
Ten początkowy odcinek mimo, że był tylko wstępem do prawdziwej selvy, był chyba najbardziej spektakularny i wywarł na mnie równie silne wrażenie w drodze powrotnej w słoneczny dzien. Wąska głęboka dolina z szalejącą na dnie rzeką, pełno pasemek wody opadających z wysoka po ostrych ścianach tętniących życiem. Z tego wszystkiego emanowała przesada, przepych jakiego spodziewałam się wjeżdżając do dżungli. Niczym nie zakłócony naturalny dziki krajobraz - za stromo na jakiekolwiek uprawy, czy osady.
W San Ramon zboczyliśmy na południe by obejrzeć Wodospad Tirol. Po jakimś kwadransie wzdłuż rzeki Tulumayo zostawiliśmy samochód i zagłębiliśmy się w dzicz. ścieżka była dobrze utrzymana choć miejscami zalewał ją strumień i trzeba było skakać po kamieniach. Mieliśmy pierwszą i tak naprawdę najlepszą okazję na spacer w gęstwinie, bo bez ścieżki poruszanie się jest bardzo trudne jeśli wręcz niemożliwe. Od razu uderzyła mnie różnorodność jak i pionowość świata roślinnego. Tutaj na każdej wysokości cos się dzieje, każda przestrzeń jest wykorzystana. Poszczególne gatunki przystosowały się by zawładnąć częścią tej plątaniny. Stając w miejscu trudno było dojrzeć dwie takie same rośliny.
Z San Ramon mięliśmy zaledwie kilkanaście kilometrów do La Merced, gdzie ulokowaliśmy się w hotelu i ruszyliśmy dalej. Najpierw do malowniczo położonej restauracyjki zasmakować miejscowych smakołyków - delikatna ryba doncella, smażona juka, bananowe chipsy. Kawałek dalej, przeszliśmy się po wiszącym podziurawionym moście. Towarzyszyła nam gromadka dzieci, które opowiadały o leczniczych właściwościach rożnych roślin, a na koniec podarowały nam kilka owoców awokado straconych z drzew sadu, koło którego przechodziliśmy. Dalej, już głownie z samochodu, podziwialiśmy dolinę rzeki Perene i jej dopływu, rio Paucartambo. Na krotki odcinek dostałam do poprowadzenia naszego Land Rovera - nie było za łatwo, wszystko wydawało się za wielkie i oporne, a zakręty na drodze ostre i częste, ale frajdę miałam.

Rano nikt za bardzo nie wyrywał się do wstawania, a mi żal było siedzieć w hotelu. Ruszyłam więc sama przejść się po miasteczku i zasmakować wyśmienitej miejscowej kawy. śniadanko z widokiem na główny plac La Merced - niskie rozłożyste drzewa jak parasole, strzeliste palmy, poniżej kolorowe krzaki krotonów i jakieś małe palmowate. Po drugiej stronie ładnie odnowiony kościółek w kolorach kremowym i terracota. W tle strome zielone góry. Choć ich zieloność jest jednolita to roślinność, która ją nadaje jest bardzo zróżnicowana. Gęsta nieprzenikniona dżungla, albo niskie zarośla ze sporadycznymi drzewkami. Wyróżniają się geometryczne formy plantacji, kropki krzaków kawy, gwiazdki bananowców.
To dopiero początek selvy, więc nie jest jeszcze tak gorąco i parno, a wieczorem i rankiem wręcz przyjemnie. Nie ma też dużo robactwa, komarów prawie nie widziałam, a jeśli już coś gryzie to małe muszki. Zdziwiłam się ubogim wyborem owoców na targu. Myślałam, że to będzie raj owocowy, a tu niewiele ponad kilka odmian bananów, mango, awokado i dosłownie góry ananasów, bo to właśnie szczyt sezonu. Przyznam jednak, że wszystko o zdwojonym smaku i słodyczy. Nie ma to jak świeżość.
Drugi dzień zaczęliśmy od wizyty w warsztacie. Poprzedniego dnia wbił się w koło kolec kaktusa i przez noc ulotniło się cale powietrze. Fachowiec sprawnie zabrał się do roboty - za pomocą kilofa zdjął oponę, dentkę napompował i zanurzył w wodzie, dziurkę załatał, kolec z opony wyjął i byliśmy gotowi do drogi. Wszystko trwało z kwadrans i kosztowało jedyne 3 złote.
Pierwszą atrakcją był ogród botaniczny "El Perezoso" (leniwiec) usytuowany przy drodze do Oxapampa. Dostaliśmy do popróbowania rożnych miejscowych likierów. Kwiaty zadziwiały różnorodnością form i zapachów. Tak jak i podczas pierwszego spaceru, przeważał kolor czerwony, ale były i inne.
Następnie dwa wodospady w dolinie rzeki Yurinaki - Catarata Velo de la Novia (Welon Panny Młodej) i Catarata Bayoz. Do pierwszego schodzi się w dół rzeki. Wodospad wpada do innej rzeki akurat na jej zakręcie, wiec patrząc w dół woda zamiast odpływać, to płynie do podnóża wodospadu. Dziwne wrażenie. Dopiero kawałek dalej widać, ze rzeka odbija w bok, a nie ginie pod wodospadem. Do Bayoz idzie się w górę i lepiej wziąć kostium i ręcznik by skorzystać z kąpieliska pod wodospadem. Tuż pod ścianą da się nawet popływać, ale trzeba uważać, by nie wpaść w główny nurt, bo wtedy nie wiadomo gdzie się wyląduje. Woda była wspaniała i szkoda tylko, że słonce już tam nie docierało.
Na obiado-kolacje pojechaliśmy jeszcze dalej, jeszcze niżej, do Pichanaki. W miłej restauracyjce tuż nad rzeką delektowaliśmy się wybornymi potrawami ze świeżo złowionych ryb podziwiając szalejącą w oddali burzę i wyłaniającą się co chwila piękną tęczę.

Trzeciego dnia trzeba było wracać, ale najpierw zapuściliśmy się znowu w dolinę rzeki Tulumayo (tam gdzie pierwszego dnia, ale po drugiej stronie niż Catarata Tirol). Chcieliśmy zobaczyć jeszcze jeden wodospad (Catarata Tunquimayo), ale okazało się, że jest po drugiej stronie rzeki, przez którą nie udało nam się przeprawić. Przynajmniej zobaczyliśmy kolejna malowniczą dolinę. ślinka nam leciała gdy mijaliśmy kolejne sady cytrusów, zagajniki bananowców, pojedyncze drzewka papaji.

Choć selva zrobiła na mnie duże wrażenie i wiem, że będę za nią tęsknić, to gdy wspinaliśmy się z powrotem w góry serce zakołatało mi radośnie. Jednak nie da się ukryć, że należę do sierry.

wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright © Martyna Kloska 2006