Piękny, ale wymagający treking.
Serce się radowało, gdy zygzakami zjeżdżaliśmy do zielonej kotliny z przyjazną wioseczką Cachora, która tak mnie oczarowała w styczniu. Tym razem szykowała się porządna wyprawa. Najpierw połączona z praca, bo robiłam za kucharza i pomocnika przewodnika, a potem juz czysto eksploratorska. W Huancayo trafiły się trzy dziewczyny chętne na trekking do Choquequirao, ale ponieważ najpierw chciały same pozwiedzać atrakcje w drodze na południe, to umówiliśmy się właśnie w Cachora. Cieszyłam się na wyprawkę jak i na nowe doświadczenia. Zobaczyłam jak wygląda praca przewodnika, że nie zawsze jest tak prosta i przyjemna, no i że zaczyna się na długo przed ruszeniem w trasę. Wszystko z naszej strony było zaplanowane, ale w ostatniej chwili wyglądało, że miejscowy przewodnik zostawi nas na lodzie. Zdecydowaliśmy się wynająć muły od Pana Daime, którego poznałam w styczniu. Obniżył cenę, zaprosił naszą grupkę do swojej hacjendy na zbieranie owoców opuncji i w ogóle był bardzo miły. Niestety popełniliśmy błąd i daliśmy mu zaliczkę, za którą zaraz poszedł upić się z kumplami. żonka zaczęła biadolić, że to jej trzeba było dać kasę, a najlepiej jak następnym razem to z nią dobijemy targu, bo ona ma swoje muły. Było trochę nerwów, ale Daime stawił się raniutko z mułami w całkiem dobrej formie.
Początkowy odcinek do Capuliyoc pamietałam dobrze, ale teraz miałam zobaczyć, ze chodzenie z klientami ma swą specyfike. Dziewczyny okazały sie nieco marudne i powolne jak na mój gust. Była to moja pierwsza praca z turystami i miałam sporo do nauczenia się. Póki co, od czasu do czasu, korzystałam z niższej pozycji pomocnika i puszczałam się do przodu, albo zostawałam w tyle by sobie kawałek zbiec. Moje obowiazki zaczynały się w obozie i nie było łatwo, gdyż w celu oszczedzania paliwa gotowaliśmy na ogniu, a z dobrym drewnem opałowym nie jest tam najlepiej.
Pierwszego dnia zeszlismy aż do rzeki Apurimac, ktora jest granicą pomiedzy departamentem Apurimac i Cuzco. Marzec to pora deszczowa, więc rzeka huczała groznie i woda przelewała się przez ogromne głazy rozsiane w korycie. Gdy przyszło nam zacząć podejscie po drugiej stronie rzeki, bylo już późnawe bezwietrzne popołudnie. Słonce paliło niemiłosiernie, powiewy wiatru były tak skąpe, ze prawie niezauważalne. Męczarnia tym wieksza, że teraz przyszło mi zaganiać stado. Tempo było tak wolne, że muszki chciały mnie zjeść żywcem. Podreptywałam w miejscu byle tylko nie stanąć w bezruchu, bo wtedy obsiadały chmara i ucztowały w najlepsze. Obóz rozbiliśmy w Santa Rosa, gdzie przygotowane jest malutkie pole namiotowe. Poniżej znajduje się ujęcie wody i zadaszona jadalnia. Rodzina, ktora mieszka w domku obok ma napoje i ciasteczka na sprzedaż, ale także prasę do wyciskania soku z trzciny cukrowej. Jeśli są i mają chwile czasu warto ich poprosić o demonstrację i degustację krzepiacego syropu z trzciny.
Drugiego dnia kontynuowaliśmy wspinaczke do góry, zyg-zag za zyg-zakiem za zyg-zakiem za... Mieliśmy wspaniale widoki na przeciwległy stok i trasę dnia poprzedniego. Wygladała naprawde spektakularnie. Wreszcie dotarliśmy do pampy Marampata, na której rozsianych jest kilka domków. Rozłożyliśmy się na zieloniutkiej trwce na zasłużony odpoczynek w boskich powiewach wiatru. Za winklem było juz widać jak na dłoni Choquequirao. Byliśmy na tej samej wysokości trzeba bylo tylko przetrwersować zbocze, jakieś 5km. Roslinność znacznie się zagęściła i stała się bardziej bujna. Przy ścieżce napotkaliśmy kilka gatunków orchidei. Rozbiliśmy się w niedawno przygotowanym obozowisku położonym pół godziny od centrum kompleksu Choquequirao. Ja zostalam przygotowywać posiłek podczas gdy reszta poszła zwiedzać ruiny.
Odkrywając zaginione misato.
Nastepnego dnia raniutko poszliśmy wszyscy do ruin miasta, bo Daime obiecał wprowadzić nas do zmkniętej jeszcze strefy, gdzie dopiero pare miesięcy wcześniej odkryto przedinkaskie tarasy rolnicze z mozaikami zrobionymi z białych kamieni. Z trudem zaczęliśmy zchodzić po bardzo stromym, błotnistym i gęsto porośniętym zboczu, ale doświadczenie warte było wysiłku. Byliśmy jednymi z pierwszych osób, ktore tam dotarły, więc atmosfera była tym bardziej ujmujaca. Najpierw zobaczyliśmy długi mur retencyjny z zyg-zakiem z białych kamieni, ktory mógł przedstawiać zrówno węża, krętą rzekę Apurimac, lub szczyty Kordyliery Vilcabamba – wszystkie z powyższych były i są czczone przez andyjskie ludy. Kilkanaście tarasow ponizej zobaczyliśmy pierwsze z wielu mazajek przedstawiajacych lamy. Daime powiedział, że podejzewa się, iż te tarsy zostały wybudowane przez lud Chachapoyas, który kiedyś zamieszkiwał te tereny, a potem został zepchnięty przez Inków na północ Peru. Rzeczywiście, styl budownictwa różni się znacznie od inkaskiego, nawet z wczesnego okresu. Gdy wdrapaliśmy się spowrotem na plac główny minęło juz południe i dziewczyny z przewodnikiem i mułami musiały ruszyć w drogę powrotną. Ja zaś z przyjemnością przyjełam zaproszenie na obiad w chatce strażników kompleksu.
Zwolniona z obowiązków zostałam sama w Choquequirao i moglam na spokojnie rozejżeć się po ogromnym kompleksie archeologicznym. Główne centrum położone jest wysoko na grani, a zbocza po obu stronach pokryte są setkami tarasów (zwanych andenami), aż do rzeki Apurimac, ponad półtora tysiąca metrów poniżej. Większość porośnięta jest gęstą górską dżunglą. Do niedawna miejsce to nie było wystarczająco doceniane i prace konserwatorski są daleko w tyle. Szacuje się, że powierzchnia przekracza teren Machu Picchu, ale jest mniej budowli. Choć dopiero 30% zostało odkryte to i tak jest sporo do zwiedzania. Miałam szczęście spędzić tam samiutka cały dzien. Wbiegłam raniutko bez śniadania by złapać pierwsze promienie słońca. Z obozowiska to jakieś pół godziny pod górę. Budził się dzień, delikatne ciepłe kolory powoli oświetlały miasto. Stałam nad nim na ceremonialnym placu Ushnu, teraz zamienionym w piękną łąkę skąpaną w porannej rosie. W oddali błyszczały ośnieżone szczyty Kordyliery Vilcabamba, w dole rzeka Apurimac, a dookoła mnie ruiny zaginionego miasta. Powoli, starannie odkrywałam jego zakamarki. Place, mury, domy, koszary, świątynie ... piękne kamienne konstrukcje zachwycające precyzyjnością i wytrzymałością. Gdy wróciłam pod wieczór na zachód słońca, atmosfera była bardziej magiczna. Mój długi cień przeskakiwał po murach i czułam jakby to sami Inkowie mi towarzyszyli. Odkryłam jeszcze parę budowli niżej na grani, dalej już stromizna do zakola rzeki. Wiatr szalał i miałam ochotę wzbić się w przestworza tak jak krążące nade mną kondory.
Następnego dnia trochę leniuchowania. Przedpołudnie spędziłam dotrzymując towarzystwa jednemu z pracowników parku, który akurat miał dyżur w kuchni. W ogóle miałam tam z nimi dobrze, a to kawka, a to obiadek, rwanie zdziczałych brzoskwiń na kompocik ... na brak towarzystwa nie mogłam narzekać. Po południu wybrałam się w dół na nowo oczyszczone tereny, głównie tarasy rolnicze. Dopiero tam było widać jaka to mozolna praca, że dżungla wcale tak łatwo się nie poddaje, trzeba na okrągło karczować i czyścić. Wróciwszy musiałam szukać mojego namiotu w gąszczu innych – doszły akurat dwie duże grupy limańczyków. Jedni byli pracownikami dużego biura turystycznego i robili rozeznanie by wprowadzić tę trasę do swojej oferty. Drudzy to przypadkowa zbieranina z uniwersyteckiego klubu turystycznego, którzy korzystali z przerwy wielkanocnej. Zrobiło się gwarno i tłoczno, czar prysł. Zaraz też wrócił mój przyjaciel, który odstawił nasze turystki do Cachory i przybiegł z powrotem w jeden dzień dzięki uskrzydlającej mocy liści koki.
Treking przez Kordyliere Vilcabamba do Santa Teresa.
Po jednym dniu wypoczynku, czekając na poprawę pogody, ruszyliśmy w dalsza trasę przez większość czasu towarzysząc drugiej grupie limańczyków. Niezła mieszanka, ale fajni i aż dziw, że dopiero na tym wyjeździe się poznali, bo wyglądali na zgraną grupę. W ten sposób nie musieliśmy się martwic szukaniem właściwej drogi, a w deszczowy wieczór mięliśmy wesołe towarzystwo i niekończące się zapasy rozgrzewającego „calientito„ (coś w stylu polskiego grogu). Dostawały się nam również rożne smaczne kąski, bo zaprzyjaźniliśmy się z kucharzem,Teofilo, który był także ich przewodnikiem.
Spore zachmurzenie i częste opady trochę dawały się we znaki, ale mino wszystko wyprawka udała się pierwszorzędnie. Tylko połowa ostatniego dnia trochę znużyła długim monotonnym zejściem, bo wkraczając do dżungli robiło się coraz bardziej gorąco, a ścieżka zaginęła pod warstwa błocka. Jednak odświeżająca kąpiel w rzece pozwoliła szybko o tym zapomnieć. W nocy zaczęło lać - równo, bez przerwy ani zmiany natężenia przez kilka godzin, jak to w selwie. Przed szóstą usłyszeliśmy jak nasza zaprzyjoźniona grupa się zwija – chcieli złapać ciężarówkę w położonej nieopodal wiosce, by wieczorem dotrzeć do Aguas Calientes pod Machu Picchu. Później się dowiedzieliśmy, że nie mieli szczęścia i musieli drałować na piechotę. Nam się aż tak nie śpieszyło, a jak wiadomo zwijać namiot w deszczu nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Spokojnie obróciliśmy się na drugi bok i smacznie spaliśmy dalej dopóki ... kap kap kap... nie zaczęło padać w namiocie. No cóż, mój namiot staruszek i tak wytrzymał dobrych kilkanaście godzin ulewy. Nie było wyjścia, trzeba było się zbierać. Tyle naszego szczęścia, że już raczej mżyło niż padało. Do wioski dotarliśmy dosłownie kilka minut po odjeździe ciężarówki, wiec musieliśmy poczekać kilka godzin na następną. W między czasie się wypogodziło, więc z jedynej knajpki przenieśliśmy się na wielki głaz na placyku i popijaliśmy duże-duże piwo, 1.1 litra.
Droga była wspaniała. Stojąc, bo było nas tyle, że tylko parę staruszków miało przywilej siedzenia, podziwiałam bogactwa tej ziemi uważając by liść bananowca czy gałązka z czerwieniejącymi ziarnkami kawy nie dały mi po głowie. Aż ślinka ciekła gdy patrzyłam się na wszystkie mijane pyszności: banany, mandarynki, pomarańcze, granadije, papaje, awokado, kawa i sama nie wiem co jeszcze. Jednocześnie mijaliśmy biedne, sklecone z odpadków, rozpadające się domki. Jak szkoda, że nie potrafią wykorzystać tego niesłychanego bogactwa naturalnego. W Santa Teresa ugrzęźliśmy na dzień bo były akurat święta wielkanocne i nic nie jeździło. Tropikalny żar ledwo dal żyć, ale przynajmniej wysuszył przemoczone rzeczy.
Z Santa Teresa pojechaliśmy przed świtem do Qillabamby i dalej do Cuzco zataczając wielkie koło aby ominąć turystyczne Aguas Calientes.
Choquequirao wywarło na mnie ogromne wrażenie, które nie zmalalo ani odrobine nawet po wizycie w Machu Picchu. Tak jak wszystkich, którzy tam dotarli oczarowała mnie atmosfera i pewna magia, która nadal otacza to miejsce. Nie mówiac już o możliwości delektowania się tym miesjcem w ciszy i samotności, w porównaniu do wiecznych tlumów w Machu Picchu.
Wiecej informacji o Choquequirao.
nieco z historii odkrycia i badań >>>
trekking do Choquequirao >>>
|