Ani chwili do stracenia.
Rano wpakowaliśmy się do samochodu terenowego (typu pick-up) i mi oczywiście przypadła podróż na pace. Na początku było dość chłodno i deszczowo, ale jak tylko minęliśmy biały masyw Huaytapallny to zaczęły się tereny suche i gorące. Jechaliśmy w kłębach pyłu, ale widoki wynagradzały zgrzyt piasku w ustach. Zjeżdżaliśmy zygzakami wśród skąpej roślinności - pojedyncze drzewa mieszały się z ogromnymi kaktusami i agawami. Co chwila przelatywało stadko skrzekliwych papug. Liczne przystanki na filmowanie i robienie zdjęć, znacznie wydłużyły drogę, więc do Huachocolpy dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Do mieścinki tej raczej nie zagląda wielu obcych, ale udało nam się znaleźć prostą kwaterę: jako tako sklecone łóżka w dwóch pokojach, na podwórku wychodek, a nad ranem załapaliśmy się nawet na nieco bieżącej wody. Dorwaliśmy właścicielkę jedynej gospody i ubłagaliśmy by coś przygotowała na kolację. Jednak najpierw trzeba było iść porozmawiać z władzami wsi.
Do "biura" wchodziło się rozpadającym balkonem z sąsiedniego budynku pokonawszy w ciemności sklecone z paru desek schody oraz istny labirynt dziur i gratów na ziemi. Wszyscy zachowywali się bardzo poważnie. Nie kończące się przemówienia, wyjaśnienia, pertraktacje. Jak już wydawało się, że wszystko z grubsza dogadane to wyszła kwestia wynajęcia mułów i miejscowego przewodnika. Zrobiła się już nocka, a w brzuchach burczało. Wreszcie dobiliśmy targu, choć nie do końca wierzyliśmy, że muły zjawią się rano na umówioną godzinę. Ale tej pewności nigdy się nie ma, bo w Peru czas zwykle płynie swoim trybem i nie można mu mieć tego za złe. Gospodyni na szczęście zaserwowała nam jeszcze kolację, choć na pewno wolała już dawno udać się na spoczynek. Na rano zamówiliśmy kanapki z serem i kawę.
Zerwaliśmy się przed szóstą, tak w razie gdyby przewodnik z końmi przyszedł o umówionej godzinie. Po siódmej poszliśmy spokojnie na śniadanko do seńory Cristiny. Koło ósmej wreszcie zjawiły się konie, na które wrzuciliśmy bagaże i mogliśmy ruszyć. Droga prowadziła przez wioskę i jej przysiółki na przełęcz na wysokości 3350 metrów, skąd 2400 metrów niżej ledwo dało się dostrzec rzekę Mantaro, tą samą która przepływa przez Dolinę Mantaro i Huancayo. Trawersowaliśmy zbocze, a chmury przesuwały się ciągle zmieniając krajobraz. Po jakiś dwóch godzinach doszliśmy do przedpola "naszego" lasu, gdzie zrobiliśmy krótki postój. Od ciasteczek czy batonów smaczniejszy był tradycyjny posiłek złożony z "charky" (czyt. czarki), czyli suszonego na słońcu i mrozie mięsa oraz "cancha" (czyt. kańczia) - prażonej białej kukurydzy. Stromą i śliską od błota ścieżką musieliśmy zejść około tysiąca metrów do miejsca odpowiedniego na obozowisko. Profesor Collantes na wstępie pokazał nam jedną orchideę, ale dalej każdy zajął się marszem i już nic więcej nie dostrzegliśmy. Oprócz profesorka, oczywiście, który doszedł jakąś godzinę po nas z opowieściami czego to nie wiedział i z jednym rzadkim, chyba ze względu na mikroskopijne wręcz rozmiary, okazem.
Cały następny dzionek przeznaczony był na orchidee. Weszliśmy zaledwie 10 metrów w las tą samą ścieżką, którą wczoraj schodziliśmy, a Benjamin już wytyka kolejne gatunki. Na jednym pniu trzy różne, jeden pod drugim. Sama bym nie zwróciła uwagi na takie tycie i niepozorne. Podłużne, grube liście i łodyżka obsypana malutkimi kwiatuszkami o średnicy paru milimetrów. Po drugiej stronie, już trochę większe i bardziej przypominające orchidee. Zapuszczaliśmy się coraz głębiej w las. Stromizna i plątanina roślin utrudniała poruszanie się mimo, że pierwsi szli przewodnicy z maczetami. Co chwila wznosiły się okrzyki zachwytu. Szybko złapaliśmy zajawkę i każdy szukał nowych okazów wykrzykując co chwila: "Popatrzcie tutaj! Jeszcze inna. A jak ta się nazywa?". Poczułam się trochę jak na praktykach studenckich z botaniki. Aparaty pstrykały na wszystkie strony, choć w tej leśnej gęstwinie nieco brakło światła, a tylko doświadczony Benjamin miał lampę błyskową, a nawet dwie.
Po dwóch godzinach w końcu ruszyliśmy dalej, bo głównym celem było odnalezienie orchidei Inkill (Sobralia altisima), uważanej obecnie za najwyższą na świecie, może bowiem wyrastać do prawie 14-tu metrów wzwyż, a średnica kwiatów osiąga 15 cm. Najpierw zobaczyłam wokół pełno bambusowatych łodyg. Dopiero gdy zadarłam głowę to ujrzałam wielkie jasno fioletowe kwiaty. Przepiękne okazy. To właśnie nasz profesor z ekipą odkrył ten gatunek wraz z 16ma innymi nowymi dla nauki. Większoć z nich jest zapewne endemiczna i dlatego wcześniej nie były znane. Dlatego ważne jest też by miejscowi dbali o swoje dziedzictwo i nie pozwalali na wywóz rodzimych gatunków. Jeśli będą dostępne u hodowców czy w ogrodach botanicznych to zmniejszy się zapewne grono miłośników, którzy byliby gotowi przyjechać aż tutaj, na istny koniec świata, by zobaczyć te okazy. A turystyka specjalistyczna jaką są wycieczki na obserwacje ptaków czy właśnie orchidei dopiero od niedawna się prężnie rozwija.
Nieco dalej trafiliśmy na łąkę orchidei zwanych "bandera peruana" czyli "flaga peruwiańska" ze względy na czerwono-biało-czerwone ubarwienie. Było jeszcze wiele, wiele innych zarówno tych rosnących na ziemi jak i na drzewach, duże i małe, różnorodne w formie i kolorze. Trzeba je samemu zobaczyć w naturze by w pełni docenić. Póki co zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć w galerii.
|