martyna kloska
podróże przygody przeżycia
 P E R U 
główna o sobie o Peru z podróży galeria zdjęć mapy oferta kontakt
 
      Grudzień 2004
      Huancayo
 

W El Rosario pracowałam od samego początku, czyli od listopada 2004 i podobno byłam jedną z nielicznych osób, które zostały tam dłużej niż pare tygodni a nawet pare dni. Nie było to przytulne miejsce, dzieciaki były zdziczałe, dyrektor i opiekunowie zajmowali się soba i resztę mieli gdzieś. Nie przepadali za woluntariuszami, bo ci wytykali ich niedociągnięcia. Starałam się jak mogłam by jak najlepiej wykorzystać tam mój czas. Przeważnie sprowadzało się to do pomagania im w lekcjach, szczególnie w angielskim, lub po prostu do wspólnych zabaw i rozmów. Po dwóch tygodniach popołudniami zaczełam też chodzić do Inabif, domu dziecka dla chłopców. Tu panowała zupełnie inna atmosfera, znacznie cieplejsza, wręcz rodzinna możnaby rzec. Podejście opiekunów też było zupełnie inne, dzięki czemu nigdy nie brakowało tam woluntariuszy.
Gdy zbliżało się Boże Narodzenie wszyscy robili plany. Ja postanowiłam moje siły i fundusze skierować właśnie do El Rosario, bo tam nie docierała prawie żadna pomoc. Na początku grudnia pojawiły się trzy Kanadyjki, które starały się nauczać angielskiego. Szło to nie najlepiej z powodów utrudnień organizacyjnych i braku koordynacji ze strony kadry. Postanowiłyśmy połączyć siły i wspólnie użądzić przedświąteczną imprezę. Niech się dzieciaki raz nacieszą.


El Rosario

Inabif. Więcej zdjęć z Inabif >>>>>

O tym jak się bawiłam w świętego Mikołaja rozdawając buty i słodycze 72 dzieciom z sierocińca El Rosario w Huancayo. Wielkie podziękowania dla wszystkich sponsorów z Polski.

poniedziałek
Idziemy z Dominique, moją przyszywaną siostrą, do znajomego, który zajmuje się dystrybucją butów sportowych. Jednak gdy wchodzimy do prywatnego domu to przeczuwam, że to jednak nie wypali. To nauczyciel wf'u i trener, szyje pożądne buty dla sportowców. Pokazuję mu listę potrzebnych numerów, ale słyszę: "mogę zrobić w parę dni" - hmm, no nie, raczej dziękuję. Muszę kupić dzisiaj. Cena też trochę za wysoka. Idziemy więc do centrum. Tak, to jedna z zalet Huancayo, że wszędzie można dojść na piechotę, bo wszędzie jest w miarę blisko. Wcześniej już sprawdziłam ceny w trzypiętrowcu butowym. Nie jest to normalny sklep, ani ich skupisko, ale raczej każde piętro zapełnione jest prywatnymi straganamim jak na bazarze. Wiekszość towaru się powtarza, ale ceny różne. W końcu decydujemy się na stragan, gdzie dają nam dobrą cenę i mają najwięcej odpowiednich numerów i modeli.
Zaczyna się szukanie. Dobrze, że mam dwie listy z numerami. Jedną daję sprzedawczyni by na zapleczu szukała małych numerów, podczas gdy my z wystawy wyciągamy wszystkie większe, które nam się podobają. Chcę żeby były w miarę podobne modele by uniknąć sporów między dziećmi typu "a on ma fajniejsze, a ona dostała lepsze". Decydujemy się na sportowo-miejskie, które same chętnie byśmy nosiły. Dla chłopaków raczej ciemniejsze, dla dziewczyn nieco bardziej kolorowe, ale i tak bronię się przed rażącym różem, który tak bardzo chce mi wepchnąć sprzedawczymi. Mijają godziny, sterta butów coraz większa, wybór coraz mniejszy. Musimy sięgać po inne modele. Ja przymierzam w swoim numerze by sprawdzić czy wygodne. Tłumacze po raz setny, ze biały z dodatkiem pomarańczowego czy błękitnego to raczej dla dziewczyny, a czarne czy granatowe to dla chlopaka, bo według sprzedawczyni wszystkie modele sa unisex, a... Sprawdzamy całą stertę i wymieniamy dwie pary bo są wadliwe. Pod koniec brakuje sześciu par, więc wymuszam na sprzedawczyni obietnice, że na jutro wieczór będzie miała. Trzy razy powtarzam pytające "seguro" (napewno) i trzy razy otrzymawszy pozytywną odpowiedź uznaję, że mogę jej zaufać. No to czas na wymiane: plik papierków na dziesięć toreb butów i rachunek z dopiskiem, że bedę mogła wymienić niektóre jeśli okażą się za małe albo za duże.
Pakujemy się do taksówki (standartowe 2.5zl za niedługi kurs po mieście) i zmęczone, spragnione i głodne jedziemy do domu. Tam Tata już czeka z gorącym obiadem. Pełna wdzięczności mówie "gracias, Papa" co go wielce raduje, bo ciągle powtarza, że jetem teraz jego córką. Odzyskawszy siły dzwonie do Kanadyjek (dołożyły mi troche ze swojej puli prezentowej) podzielić sie dobrą nowiną. Spoglądam z podziwem na nasz nabytek. Niesamowite, jeszcze niedawno nie miałam wcale pewności, że mi się to uda. 72 pary butów to naprawde nie byłe co. Już się cieszę na środę, żeby rozdać je dzieciakom. Z Kanadyjkami umawiam się na jutro by kupić coś do chrupania i picia na nasza przedświąteczną fiestę. No i lece do chłopaków w Inabif bo się pare dni nie widzieliśmy, więc tęskno.

wtorek
Wpadam do El Rosario, a tam orgia wynieniania adresów. Wszystkie starsze dziewczyny chcą adres mailowy, telefon i parafke. Tak żeby mieć, bo przecież dzwonić nie będą. Ja też się wpisuję mino, że przecież zostanę jeszcze parę tygodni. W czworkę jedziemy do centrum zakupić torebki na prezenty i jadłlo. Od paru dni jest zimno i deszczowo i nic nie wskazuje na poprawę, więc kupujemy po wielkiej torbie chrupek i butli babelków na każdy dom, a jest ich dziesięć. Ale tak naprawde marzy nam się słonko i wszystkie dziatki zgromadzone na boisku z góra prezentów. Umawiamy się jutro rano na miejscu.
Po obiedzie siadam do pakowania butów. Torebka, wstążeczka (czerwona dla dziewczyn, zielona dla chlopaków, żeby było łatwiej rozróżnić) w kokardke i podkręcić końce, karteczka z numerem buta. Ma być ładnie. Puszczam sobie film z komputera, to mój sposób na douczanie się języka hiszpańskiego. Film się kończy, a ja dalej "torebka, wstążeczka, numerek". No to trochę muzyczki. Muzykalny i otwarty na nowe brzmienia Tatko przysiadł się fastrygując nastepną marynarkę (jest krawcem tak jak i jego ojciec) i tak sobie razem dziubdzialiśmy. Skończyłam tuż przed siódmą. Akurat żeby skoczyć do sklepu po brakujących sześć par, no i spotkać się z kumplami, bo wszak trochę rozrywki też się należy. Dzień zakończyłam koło czwartej nad ranem pakując ostatnie buty.

środa
Mimo krótkiej nocy, na nogach byłam już przed ósmą. Pełna podniecenia nie mogłam doczekać się dziewiątej trzydzieści, na którą Papa zamówił mi samochód. Część butów wpakowałam do dwóch plastykowych pojemników, resztę w torbach, plus trzy pudełka torebek ze słodkościami, które przygotowałam w zeszłym tygodniu. Mój peruwiański brat, Jaime, pracuje w hutrowni, gdzie mogłyśmy zakupić pełno cukierków, ciastek, czekoladek po niższej cenie. Dla każdego dziecka zrobiłam torebkę pełną pyszności. No jest już samochod, pakuję w szystko i w droge. Oj, wróć, z tego wszystkiego zapomniałam wziąść aparatu fotograficznego.
Dziewczyny spotkałam przed brama i już dzieciaki pędziły na pomoc. Szczęście mieliśmy wielkie bo od rana była piękna słoneczna pogoda. Podaczas gdy dzieci usadawiały się na betonowych trybunach, my zaczęłyśmy segregować prezenty według domów. No i się zaczęło. Każdy dostał paczkę od dziewczyn (skarpetki, koszulka, i dodatki zależnie od wieku i płci, czyli jakieś grzebyki czy lakier do paznokci), buty, torebkę ze słodyczami i drobiazgi jak karty z pokemonami. Mniejsze szkraby ledwo mogły to wszystko utrzymać w łapkach, a najmłodsza, nieśmiała dwulatka była na granicy rozpłakania się gdy to wszystko zaczęło się do niej zbliżać. Moc radości uscisków, życzeń. Niektóre dzieci poleciały do domów by w spokoju przyjżeć się dobrociom. Inne od rau siadły na murku i wzieły się za oglądanie prezentów i wcinanie słodyczy. Po chwili wszędzie lataly torebki i papierki po ciastkach. Jeszcze pamiątkowe fotki, uściski, podziękowania, śpiewanie. No i walka kto zagarnie jak najwięcej chrupek mimo, że było naprawdę dużo. ładowali do czego sie dało "na potem". No ale nie ma się co dziwić, tu trzeba umieć o siebie zadbać by przetrwać. Przeważnie nie dostają nic extra, więc jak już jest to trzeba się nałapać.
Tu w ogóle panuje trochę niezdrowa atmosfera, każdy dla siebie, ostre prawo dżungli. O dwóch innych miejscach, które znam, można powiedzieć "dom dziecka", bo są znacznie mniejsze i panuje bardziej domowa atmosfera, braterska tudzież siostrzana (jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców). Tamte dziewczynki są bardzo powściągliwe i choć postawić przed nimi tacę ciasteczek to nie tkną, a poczęstowne, wezmą jedno. Trzeba naprawdę zachęcać. Chłopaki w Inabif może nie aż tak, ale też pilnują się nawzajem, żeby było sprawiedliwie i dbają o siebie nawzajem, i o swoje rzeczy, o swój dom. Niestety El Rosario to wielki moloch i dzieciaki są trochę zdziczałe.
Pare starszych chłopców podeszło do mnie, że buty dla nich nieco przymałe i przydałyby się o numer większe. Zaczęłam więc chodzić od domu do domu i sprawdzać czy wszyscy przymierzyli i czy wszystkim pasują. Dla kilku maluchów były ewidentnie za duże. Jednej dziewczynce pomagała "mama" i uznała, że są dobre, ale mi coś to dziwnie wygladało, więc sama sprawdziłam. Z łatwościa wsadziłam dwa palce z tyłu i mówie, że przecież są za duże. "tak, ale lepsze za duże bo przecierz noga jej urośnie" mowi opiekunka, a ja na to : "ale te są o dużo za duże". Zdejmuję jej buta i widzę, że jest w dwóch parach grubaśnych skarpet. "No nie, tereaz to naprawe są dużo za duże." Wymieniłam na 5 numerów mniejsze. Jednej nastolatce też przydałyby się o dwa numery mniejsze, ale z uporem twierdziła, że są dobre i chce te. No trudno, skoro tak chce. Może bała się, że jeśli te odda to już więcej nie dostanie.
W rezultacie zebrałam osiem par do wymiany. Pojechałam od razu, ale mojej sprzedawczyni nie było przy stoisku. Zostawiłam, więc torby u kolegi w centrum i skoczyłam do domu na obiad i chwile odpoczynku, bo dopadało mnie już parodniowe zmęczenie i problemy żołądkowe.
Po południu jak zwykle w środy (poniedziałki i piątki) do chłopaków w Inabif. Trafiłam akurat na uroczystość. Przybyli darczyńcy z jakiejś organizacji z prezentami oraz czekoladą do picia i słodkimi bułkami (tradycyjny poczęstunek świąteczny kubek czekolady i paneton, czyli coś jakby keks, ale napuszony). Chłopcy popisywali się wyuczonymi tańcami i piosenkami. Niestety prezenty były beznadziejne. Tylko najmłodsi cieszyli się z plastikowych samochodów i motorów. Ale plastikowy zestaw robotnika, kask i pas z miniaturowymi narzędziami, dla kilkunastoletnich chłopaków, z których większość pracuje w pracowni stolarskiej to lekka przesada. Gra Twister dla drugiej połowy to też trochę bez sensu, bo wystarczyłaby jedna na grupę. Nie dziwne, że trochę nażekali. Przy poczęstunku jeden z nauczycieli odwalił przemowę, że muszą się nauczyć otrzymywać to co dostają, że to są prezenty i nie można ich ani oddać ani zaniemić, powinni się cieszyć, że coś mają. No może i prawda, ale jak już się zbiera pieniądze na święta dla sierot to możnaby się wysilić i kupić coś co im się spodoba lub przyda. Strasznie było mi przykro.
Wpadam po buty i idę wymienić. Sprzedawczyni w sklepie troche marudziła, ale w końcu wyszłam z tym co chciałam. Zapóźno już było żeby jechać do El Rosario, więc zostawiłam sobie tą przyjemność ponownego rozdawania prezentów (przynajmiej kilku) na następny ranek.

© Martyna Kloska 2007
wszelkie prawa zastrzeżone